
Wszystko co kocham w kinie jest w tym filmie. Zręcznie opowiedziana prosta historia, przekonujące aktorstwo, oryginalne operowanie językiem filmowym.
Nadmorska miejscowość, rok 1981. Niby czuć oddech historii, ale reżyser filmu, Jacek Borcuch, uważa aby ówczesna sytuacja polityczna nie wychodziła poza rolę tła wydarzeń. Nie będzie więc masowych manifestacji i aresztowań strajkujących, sznurów czołgów na ulicach. Zamiast tego mamy typowe perypetie dorastającego chłopaka – kontakty z rówieśnikami, zauroczenie koleżanką ze szkoły, próby w zespole punkrockowym, przejawy młodzieńczego buntu. Borcuch rezygnuje z języka podręczników historii i stawia na osobisty przekaz. Nie ma tu miejsca na nieznośne odwoływanie się do narodowej traumy, jest za to stan wojenny jako jednostkowe przeżycie głównego bohatera, dla którego decyzja Jaruzelskiego oznaczała brak zajęć w szkole, internowanie ojca jego dziewczyny, niepewny los własnego ojca – wojskowego. „Wszystko co kocham” jest pochwałą młodości, jej nieskrępowania, poczucia swobody, umiejętności buntu i przeciwstawienia się zakazom. To pochwała życia, beztroskich chwil spędzanych z kolegami na próbach, piciu wina, podglądaniu urodziwej sąsiadki. To pięknie pokazana droga dorastania mężczyzny, który musi złamać społeczne zasady, pogodzić się z ojcem, przejść inicjację seksualną.Można kontemplować wiele scen tego obrazu. Morze, na tle którego dwaj koledzy prowadzą rozmowy o życiu, nadzy kochankowie leżący na plaży, ojciec i syn płaczący po stracie matki i babki. Strona wizualna, surowe piękno tych scen jest przejmujące. Nie ma tu wielkich filmowych fajerwerków. Zamiast tego chropowaty, ziarnisty obraz, czasem kamera z ręki. Piękne, ale nie przesłodzone, autentyczne , a nie sentymentalne.Nie byłoby tego efektu bez odpowiedniego aktorstwa. Postaci pierwszo i drugoplanowe uzupełniają się znakomicie. Rozpoczynający aktorską przygodę Mateusz Kościukiewicz znakomicie wciela się w postać Janka mieszcząc w tej postaci młodzieńczą witalność i brawurę, niewinność i nieśmiałość. Katarzyna Herman (Sokołowska) jak na femme fatale przystało uosabia wdzięk i pokusę, której trudno się oprzeć. W końcu Andrzej Chyra jako ojciec skupia na sobie uwagę w każdej scenie. Szczególnie przejmujący jest jako syn przeżywający śmierć matki, kiedy dziwi się, że ta w ostatnich słowach przed śmiercią wspomniała o jego rozczochranej fryzurze.Takie filmy jak „Wszystko co kocham” to rzadkość. Borcuchowi i jego ekipie należą się wielkie brawa. Za umiejętne cofnięcie czasu, za możliwość identyfikacji z historią Janka, za intymny rys i prostotę, którą przyjmuje się jak oczywistą, swoją prawdę, za język życia zamiast tonu podręcznika historii. Ten film to potwierdzenie, że głosy zapowiadające dobre czasy dla polskiego kina nie są przesadzone. „Rewers”, „Dom zły” i „Wszystko, co kocham” to ewidentna zmiana warty w rodzimym kinie. Kilka osób dojrzało, by powiedzieć coś ważnego, tysiące osób czekało by ten głos usłyszeć. Dobrze, że dzieje się to tu i teraz.
Łukasz Szczepański
Tagi: Wszystko co kocham, Wszystko co kocham recenzja, kino białystok, film białystok, helios białystok, łukasz szczepański,