Made In Bialystok

Sonda

  • Której z wizytówek Białegostoku brakowałoby Ci najmniej?
głosuj     wyniki

Marek Niedźwiecki: "Nie mam problemu z samotnością"

autor: Tomek Kudaszewicz,
17.01.2010, 22:06


O uzależnieniu od muzyki, Australii i …śledzia, życiu singla i fenomenie Listy Przebojów Programu Trzeciego z Markiem Niedźwieckim rozmawia Mariusz Rajkiewicz.


 
Mariusz Rajkiewicz: Panie Marku! Rozmyślałem ostatnio intensywnie nad listą rzeczy kultowych mojej generacji (rocznik 77) i wyszło mi, że bardzo wysokie miejsce w tym prywatnym rankingu zajmuje Marek Niedźwiecki i lista przebojów Programu Trzeciego Polskiego Radia. Myślę, że nie jestem w swej opinii osamotniony… Chciałbym zapytać jak się czuje osoba będąca żywym pomnikiem? Czy ma Pan w ogóle świadomość bycia ,,cichym guru’’ pewnego pokolenia?

Marek Niedźwiecki :
Jeszcze żywy pomnik… Nigdy się nie czułem „cichym guru”, pomnikiem, niczym takim. Może w latach 80 trochę „nauczycielem słuchania dobrej muzyki”. To dlatego, że zawsze się starałem grać muzykę ze znakiem jakości.
 
Pamięta Pan jak to się w ogóle zaczęło? Kto wymyślił listę? W roku 82 podjęcie pracy w radio zahaczało o kolaborację, co po latach lubująca się w rozliczeniach prawica wypomniała też Panu. Miał Pan wtedy tego typu dylematy? Czy spadające po latach odpryski błota bolą, zniesmaczają czy śmieszą?

Kto wymyślił Listę Trójki? Andrzej Turski, ówczesny dyrektor programu. Ja tylko miałem ją prowadzić. I tak zamieniło się to w moje życie. 25 lat w jednej pracy. Kolaboracja? Tak, czasem ktoś tak to potraktuje i trochę to boli. Chyba coraz mniej. Czas leczy rany… Nigdy tak o tym nie myślałem. Miałem marzenie i 28 lat w 1982 roku. Już dłużej nie mogłem czekać. To było moje życie. Jedno… Jedyne… Skoczyłem „na główkę” i niczego nie żałuję. Robiłem to co sprawiało mi największą frajdę, satysfakcję. Nie byłem „polityczny”. Ta cała reszta działa się jakby obok. Starałem się tego nie zauważać. Radość pracy była najważniejsza. Ci, którzy takie sprawy po latach wyciągają, to kiedy kończyli szkoły, studia… Po 1989 roku?
 
Zastanawiałem się wielokrotnie nad fenomenem kultowości listy. Sentyment do czasów młodości - to raz, powiew zgniłego zachodu w siermiężnej rzeczywistości lat 80 - to dwa, trzy to specyficzny, ,,niedźwiedziowaty’’ luz przenikający audycje. Pomyślałem, że łączy nas jednak coś więcej - nasze prywatne czytanie własnego życia przez pryzmat wydarzeń związanych z listą. Ja swoją pierwszą listę kojarzę z własną… komunią. Dzień wcześniej dostałem od chrzestnego swoje pierwsze radio ,,Aneta’’ ustawione na ,,Trójkę’’. Sobotni wieczór zakończyłem przed dwudziestą drugą (trzeba było następnego dnia wcześnie wstać) w okolicach trzeciego-czwartego miejsca na piosence ,,Broken heros’’ zespołu Saxon. Listy słuchałem co tydzień, Saxon nigdy nie należał do moich faworytów, ,,Brokem heros’’ po latach brzmi koszmarnie, ale jest w moim życiu jednym z utworów inicjacyjnych, szczególnych. Często słyszy Pan podobne historie? Mam wrażenie, że lista zajmuje istotne miejsce w wielu życiorysach…

Lista Trójki wplotła się w życiorysy całego pokolenia słuchaczy. Do dziś mam takie sygnały. „Czy pamięta Pan, co było na pierwszym miejscu 149 listy? Bo mnie wtedy urodziło się pierwsze dziecko”. To piękne i nikt mi tego nie odbierze.
 
Zawsze powtarzał Pan, że radio to teatr wyobraźni. Próbował Pan też sił w telewizji, we ,,Wzrokowej liście przebojów’’ czy później w MTV Classic. Telewizja to jednak zupełnie inne medium, kompletnie inny żywioł, chyba nie do końca zbieżny z Pańskim?

Telewizja pojawiła się przypadkiem. To ONA chętnie korzysta do dziś z ludzi radia, prasy. Są „gotowcami”, choć nie zawsze się taka transformacja udaje. Tak jak w moim przypadku. To zupełnie inna praca. Radio jest teatrem wyobraźni. Telewizja nie.

Żeby tak dłużej nie słodzić - mam do Pana pewną prywatną pretensję. Oskarżam Pana, że przez listę Trójki nigdy nie obejrzałem jednego z seriali wszechczasów- emitowanego w tych samych godzinach Lynchowskiego ,,Miasteczka Twin Peaks’’. Owszem próbowałem przez jakiś czas piec dwie pieczenie na jednym ogniu, jednak po kilku tygodniach pół-oglądania i pół-słuchania wróciłem na dobre do radia i notowania wyników zestawienia. Pewnie ten niedostatek serialowy nadrabiam po latach zajadając się ,,Dexterami’’, ,,Kryminalnymi zagadkami’’ i ,,Małymi Brytaniami’’. Czy jest (był) Pan kiedykolwiek fanem jakiegoś serialu? Czy uzależnił się Pan kiedykolwiek od czegoś silniej niż od muzyki?

Wiem, że w tamtych latach była Lista albo „Twin Peaks” w telewizji. Każdy mógł wybierać. Ja nie… Wszystkie piątki (wcześniej soboty) mojego życia mam zajęte na radio i listę przebojów. Tak, teraz jest łatwiej, bo telewizja wszystko powtarza. Radio jest ulotne… Trzeba wybierać. Ja wybieram radio, choć lubię podglądać. Moim serialem wszech czasów jest „Dom”. Pięknie i mądrze zrobiony. Jak prawdziwy film. W latach 60 jak cała Polska śledziłem losy Janka z ,,Czterech Pancernych’’ i ,,Kapitana Klossa’’. Teraz się pisze, że tamte seriale wypaczały historię. Może i tak, ale wspominam je tylko dobrze. Niczego ciekawszego nie mogliśmy wtedy zobaczyć. No może poza spektaklami Teatru Telewizji. Był genialny… Dobrze, że TV czasem wraca do tamtych wspomnień. Na przykład „Ożenek” Gogola pokazany ostatnio jest mistrzostwem świata i okolic.
Czy uzależniłem się od czegoś bardziej niż od muzyki? Chyba nie. „Music Was My First Love. And It Will Be The Last” Tak śpiewa John Miles. I to moje życiowe credo… Uzależniłem się od kupowania płyt, mam ich jakoś tak ponad 10 tysięcy. Zawsze się tłumaczę, że to mój zawód, ale to przede wszystkim zachłanność słuchania i odkrywania muzyki. Każdej, także klasycznej, jazzu… W ostatnich 15 latach uzależniłem się od Australii, byłem tam już 11 razy. Lubię ichnie wino, mango, avocado, ryby… Uzależniłem się od fotografowania tamtych miejsc, stąd moja www.marekniedzwiecki.pl , rodzaj dziennika/nocnika (różnice czasu).

Czy prowadzi Pan jeszcze zeszyt z własną listą?

Prywatną listę pisałem w zeszytach ponad 30 lat. Teraz robię to w każdą sobotę na mojej stronie internetowej. Tak jest łatwiej, choć już nie tak prywatnie. To taka zabawa, ale w czasach przed internetowych to była taka moja prywatna encyklopedia muzyki, kalendarz. Zawsze mogłem sprawdzić kiedy na świecie pojawił się na singlu „Hold On To Love” Petera Skellerna, bo miałem tę piosenkę w moim zestawieniu.
 
 
Zawsze ciekawiły mnie kulisy listy przebojów. Chciałbym namówić Pana na odsłonięcie kilku tajemnic… Ile osób głosowało na listę? Czy to prawda, że email uratował listę? Zawsze zastanawiały mnie dwa utwory na tym samym miejscu. Zdarzało się Panu dopisywać punkciki swoim faworytom tworząc na przykład podwójne miejsce pięćdziesiąte? Ja bym się na Pana miejscu nie mógł powstrzymać…

Nigdy nie sprawdzałem ile osób głosuje na listę. Ale jeśli piosenka na pierwszym miejscu miała prawie 1500 głosów, a tak było, znaczy głosowało kilkanaście, a może kilkadziesiąt tysięcy słuchaczy. Każdego tygodnia. Im niżej, tym więcej piosenek miało taką sama ilość głosów. Stąd podwójne miejsca w „poczekalni”. Moi faworyci najczęściej nawet do niej nie wchodzili. To chyba dowodzi tego, że nie oszukiwałem, prawda? Kenny Loggins, Dan Fogelberg, Carole King, Carly Simon, James Taylor… Tacy Artyści mieli miejsce w moich autorskich audycjach. W Tonacji Trójki, w Radiu Kalifornia. To mnie też cieszyło i nie przeszkadzało mi, że nie ma ich na liście. O gustach nie ma co dyskutować…

Lubi Pan podróżować. Który kierunek jest Panu bliższy: Australia czy Amsterdam? Był Pan kiedyś na Podlasiu?

Australia czy Amsterdam? I tu i tam byłem chyba po 11 razy, z tym, że w Australii w ostatnich 15 latach. Amsterdam trochę zaniedbałem. Podobnie jak Korsykę, którą odwiedziłem też chyba z 10 razy. Lubię wracać do miejsc, w których dobrze się czuję. A jeśli mnie coś nie „ciągnie”, tak jest z Ameryką Południową, to tam nie latam.
Podlasie? W Białymstoku byłem chyba jeden raz, może dwa. Odwiedzałem Radio Akadera. To było bardzo, bardzo dawno. Może trzeba by się do Was wybrać? „Pomyślę o tym jutro”… jak mawiała Scarlett O’Hara.

Jeden z moich ulubionych dowcipów to ten o jeżu jedzącym na polanie jabłko opowiadany przez Pana podczas listy. Jaki jest Pański ulubiony? Pamięta Pan jeszcze pierwszy antenowy dowcip Aliny?

Pierwszy dowcip Aliny? Nawet nie pamiętam skąd to się wzięło, że Alina opowiada dowcipy. Na początku miało być tylko o muzyce. Korespondencje z Amsterdamu. A potem jakoś się to przerodziło w rozmowy o wszystkim. Alina ma bardzo zaraźliwy śmiech. Jest pozytywna i to się udziela słuchaczom. Dlatego tak lubią nasze rozmowy. Ja uwielbiam dowcipy, ale szybko je zapominam. Pewnie dlatego rozbawiają mnie wiele razy. Niezmiennie śmieszy mnie dowcip o „bawidamku”, ale tam są brzydkie wyrazy, więc nie mogę tego napisać…

Czytałem ostatnio artykuł o Tomku Beksińskim. Podobno to Pan przyprowadził Go do radia i dał mu mikrofon. Są jacyś dziennikarze, którzy szczególnie Panu imponują? Pytam zarówno o mistrzów, kolegów i młodziaków?

Tomek Beksiński. Nie, to nie ja Go przyprowadziłem do radia. Mijaliśmy się w piątki na antenie. Pożyczył kiedyś ode mnie płytę Dana Fogelberga, bo bardzo mu się podobała piosenka „Tucson, Arizona”. Rozmawialiśmy o muzyce, o życiu. Pamiętam jakie wrażenie wywarła na Nim katastrofa samolotu pod Rzeszowem. Wyszedł z tego cało, a potem… Ciągle nie wiem, czy samobójstwo to odwaga, czy tchórzostwo…
Wychowałem się na audycjach Piotra Kaczkowskiego, Wojciecha Manna. Potem zostałem ich kolegą. Trudno oceniać kolegów. Moim ideałem prezentera był przez całe lata Casey Kasem, prezenter American Top 40. Słuchałem go w latach 70 i 80. On nadal pracuje w radiu, przekonałem się o tym jeżdżąc po Ameryce dwa lata temu.
A młodzi? Z tym jest trochę gorzej… Najlepsze ranki robi Marcin Łukawski w Trójce, w telewizji podoba mi się Jarek Kuźniar. Nie lansuje siebie, jest przekaźnikiem informacji. Tak lubię. Irytują mnie „krzykacze”. I w radiu i w telewizji…

Pamiętam taką listę emitowaną z Łodzi, kiedy kwadrans przed 22.00 …zabrakło prądu…chyba. Pierwsza trójka odczytana została z kartki (The Cure – Lulluby na pierwszym), popłynęła tak zwana muzyka zastępcza. To największa tego typu wpadka?

Radiowe wpadki… Najczęściej śnią mi się po nocach. Że nie zdążam do studia na zapowiedź.
Ta lista z Łodzi, to dlatego, że w maju moje Studenckie Radio „Żak” zawsze obchodzi urodziny. Wtedy jakieś okrągłe i nie mogło mnie tam zabraknąć. Mnie się wydaje, że na pierwszym była wtedy piosenka „Kochać inaczej” De Mono, ale też mogę się mylić. To było ponad 20 lat temu. Prądu z powodu burzy nad miastem zabrakło w połowie Łodzi, także w rozgłośni na Narutowicza. Jedyny mikrofon ratował sytuację o tyle, że do 22 gadaliśmy ze spikerem Trójki Wojtkiem Gąsowskim. Każdą, prawie każda wpadkę w radiu robionym na żywo można zamienić w coś, o czym słuchacze będą długo pamiętali. Ja się nie boję wpadek, one mnie wręcz mobilizują.

Przez tydzień na liście trójki był zespół Ich Troje. Maciek Kierzkowski mocno namawiał do głosowania na ,,I feel you’’ w wersji death metalowego Vadera. To największe ekstrema na liście? I przy okazji. Obserwował Pan sukces Behemotha na liście Billboardu?

Ich Troje na liście. Każdy kiedyś debiutuje. Starliśmy się dawać szansę wszystkim. Taka była wtedy Trójka. Potem oni poszli swoją drogą, my zostaliśmy na swojej. Behemoth. Fakt, odnieśli sukces w Stanach. To nie moja muzyka, ale cieszyłem się tym sukcesem.

Często zdarza się Panu zaprzyjaźniać z muzykami?

Nie przyjaźnię się z muzykami. Tak jest łatwiej… Jedynym wyjątkiem jest Basia Trzetrzelewska, ale ta przyjaźń urodziła się z radości i dumy z Jej światowych sukcesów. Kilka milionów płyt sprzedanych w Stanach Zjednoczonych robi wrażenie.

Internet zabija tradycyjne nośniki dźwięku. Mp3 wypiera krążki cd, taśmy magnetofonowe już dawno pokrył kurz. Nie żal tej celebry związanej z premierą płyty, z szelestem rozpakowywanej folii, z oglądaniem wkładki…? Co Pan powie na tę ,,inwazję barbarzyńców’’?

„Inwazja barbarzyńców”. Tak, ja jestem „staroczesny”. Już nie zamienię płyt kompaktowych na nowsze nośniki. Odchorowałem zmianę winyli na CD. To wystarczy. Lubię otwierać płytę, słuchać jej po raz pierwszy z odtwarzacza, czytać książeczkę. Dlatego nie lubię naszych wydawnictw w serii „polska cena”, bo za tym idzie także nasza jakość. Prawie żadnych informacji o wydawnictwie. Większość płyt kupuję w Chicago.

Poświęcił Pan życie (także prywatne) pasji jaką jest muzyka i zabawa w radio? Zapytam tak bardzo po ludzku: nie żałuje Pan czasami, że nie założył Pan rodziny? Pytam też jako 32-latek zasypywany podobnymi sugestiami… Wyobraża Pan sobie swoją emeryturę?

Życie singla. Tak, to kiedyś była konieczność. Coś za coś. Potem przerodziło się to w styl życia. Lubię tak i już. Nie mam problemu z samotnością. Nie cierpię z tego powodu. A emerytura? Co ma być to i będzie. Żyję do pełna. Jeżdżę po świecie, mam cudowne życie. I tego się trzymam. Mam liczną rodzinę i to ja w mojej rodzinie jestem „Mikołajem” i dobrym wujem. To też mi nie przeszkadza.

I zupełnie na koniec. Przygotowując ten wywiad upajam się zapachem przygotowywanych świątecznych potraw. Jest Pan łakomczuchem? Potrafi Pan gotować? Kilka słów na temat Marek Niedźwiecki i kuchnia.

Jestem łakomczuchem. Z tym, że na przestrzeni lat to się zmieniało. Kiedyś byłem „słodki Maciek”. Uwielbiałem czekoladę, cukierki, ciasta. Teraz wolę śledzia. Smaki i gust kulinarny się pewnie zmienia. U mnie tak było… Lubię gotować, ale tylko dla siebie. Wtedy mogę eksperymentować. Specjalizuję się w kotletach mielonych i kaszy gryczanej z sosem grzybowym. Za grzyby oddam wszystko, także mięso.

Dziękuję za rozmowę
Mariusz Rajkiewicz
Fot. Archiwum Marka Niedźwiedzkiego


Już niedługo uruchomimy nasz własny i jedyny w swoim rodzaju newsletter. Dowiesz się z niego o imprezach, na które warto się wybrać, przeczytasz recenzje premier kinowych. A jeśli nie mogłeś być na ciekawych wydarzeniach - z naszego newslettera dowiesz się i zobaczysz, co przeszło Ci koło nosa ;)
Co więcej - planujemy organizowanie konkursów z nagrodami tylko dla użytkowników newslettera.
Zapisz się już teraz. Zajmie Ci to najwyżej 5 sekund. KLIKNIJ!

Tagi: Marek Niedźwiedzki, lista przebojów trójki, muzyka, muzyka białystok, madeinbialystok.com, białystok, mariusz rajkiewicz,


« powrót

Nasi partnerzy